piątek, 30 stycznia 2015

"Amercian Psycho" czyli jak codzienność może prowadzić do morderczych zachowań.



Hello, Hello! 

Dzisiaj, chora i z bólem głowy, wracam by opowiedzieć Wam o filmie American Psycho, który powstał na podstawie powieści o tym samym tytule (O książce więcej tutaj)


Na samym początku poznajemy przystojnego, bogate i inteligentnego nowojorczyka Patricka Batemana (Christian Bale) 

 


Patrick ma wszystko czego tylko mógłby sobie zamarzyć: piękną dziewczynę, sławę, dobrą pracę i powodzenie.

Co więc jest z nim nie tak? 



Mężczyzna uwielbia czuć krew swoich ofiar na rękach, napawać się zwycięstwem, gdy ich martwe ciała opadają obok niego: Patrick jest psychopatą. 


Nie ma uczuć: jest kompletnie obojętny, jedyne czego pragnie jak jego płuca powietrza to rzeź i krew. 

Warto także dodać, że Partick i jego koledzy z firmy uczestniczą w ciągłe walce o to, kto jest lepszy: ładniejsze wizytówki, droższe meble, mieszkanie, rezerwacje w restauracji: wszyscy tkwią w świecie, gdzie pieniądze są wartością najwyższą. Tego rodzaju zachowanie, osobę nazywane są YUPPIE, czyli w wolnym tłumaczeniu dorobkiewicz. (więcej o Yuppie znajdziecie tutaj)


Tak jak wspomniałam, mężczyzna obudził w sobie mordercę, mordując przypadkowe (lub nie) osoby na ulicy (a nawet zwierzęta!) 
Przyznam szczerze, że na tych scenach w szczególności odwracałam wzrok.. Mordujcie ludzi, ale psy zostawcie w spokoju, psychopaci!

Odchodząc już od tematyki filmu, chciałabym skupić się na tym, w jaki sposób wpłynął on na mnie. Szczerze mówiąc długo czekałam żeby obejrzeć ten film, ale czas jakoś nigdy nie był odpowiedni (nie wiedzieć czemu..) Teraz gdy już mam go za sobą a brutalne obrazy nadal w mojej głowie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że film jest warty każdej poświęconej minuty. Jednakże zdaję sobie sprawę, że nie jest to kino dla wszystkich: musicie mieć mocne nerwy albo puste żołądki. A i jeśli krew was obrzydza/ przeraża/ mdlejecie to nie jest film dla was: momentami krwi było tyle, że spokojnie można by napełnić dużych rozmiarów wannę. 


Z drugiej jednak strony, spójrzmy na nas. Tak wiem, trochę dziwne porównanie, bo podejrzewam, że nikt z nas nie jest mordercą, choć nigdy nie wiadomo :) 
Ale powiedzmy sobie szczerze, czy czasami nie mamy takich myśli? Zły dzień, zły tydzień, jesteśmy zmęczeni, ktoś nas denerwuje, czy morderstwo nie byłoby jednym ze sposobów radzenia sobie ze stresem? 

 Dla Patricka było. 

Oczywiście z taką różnicą, że my możemy o tym pomyśleć, ale wątpię, że będziemy na tyle odważni (lub głupi) by wcielić to w życie. 


Myślę dlatego, że w każdym z nas drzemie takie mały, czasami większy, morderca, ale uczymy się go tłumić i wmawiać sobie, że dobre uczynki czynią z nas dobrych ludzi. 


Podsumowując: "Amercian Psycho" to historia bardzo krwawa, bardzo nietypowa i zarazem codzienna. Widzimy rutynę Patricka, jego codzienne życie i to, jak doprowadza go one stopniowo do szału. Tak naprawdę może się to przydarzyć każdemu z nas: alkoholizm, narkomania czy morderstwa. Gdy rutyna zaczyna nad nami panować chcemy się z niej wydostać, próbując coraz to nowych, szalonych rzeczy. W tym wypadku zakończyło się to tragicznie dla paru osób. Christian Bale spisał się niesamowicie dobrze. Nie potrafię lepiej opisać tego, w jak wiarygodny sposób przedstawił Patrcika Batemana. Jak wspomniałam już wcześniej, nie jest to film dla widzów o słabych nerwach, oczywiście jednak warto się przymusić i obejrzeć go, spojrzeć z innej perspektywy. 







Bardzo chętnie także przeczytam książkę w najbliższym czasie by przekonać się, jak bardzo film na niej bazuje!















 Każdy z nas ma w sobie demony :) 
American Psycho 8/10
-M








wtorek, 20 stycznia 2015

"Hopeless" Collen Hoover

Witajcie! 

Dzisiaj przychodzę do Was z książką o niebanalnej nazwie "Hopeless" co w wolnym tłumaczeniu oznacza coś/kogoś bez nadziei. 

Chciałabym również zaznaczyć, że jest to od początku do końca moja opinia, nikt nie miał na nią wpływu i możecie się nie zgadzać :) 

"Hopeless" jest jedną z tych książek, które intrygują opisem: on nie jest tym za kogo ona go miała, on ma złą reputację, ona skrywa sekret. Od początku budowana jest wokół książki aura tajemniczości i pewnego rodzaju mroku, mimo, że w prawdzie nie jest anu trochę mroczna. 

Poznajemy Sky.
Poznajemy Deana. 

Na początku wydaję się, że wiemy jak się wszystko potoczy i co się dalej będzie działo, lecz ku mojemu zaskoczeniu tak nie jest. Książka nie podąża wytyczonym schematem: autorka zrobiła swój własny i przeplotła przeszłość z teraźniejszością i pokazała nam życie dwóch bohaterów, kartka po kartce zagłębiając nas w ich tragedie. 

Bardzo fajny, dobrze wykonany pomysł. Jednakże zabrakło mi w niej czegoś.. 
Sky jest bohaterką bardzo prostą (moim zdaniem) potrzebuje miłości, czułości, jest odrobinę za słodka, podczas gdy Dean w moich oczach jest lekko sztuczny i przerysowany. Być może duży wpływ na ta opinie miała sama historia opisana w "Hopeless" lecz moim zdaniem autorka mogła spokojnie wykreować odrobinę bardziej "prawdziwych" bohaterów. 

Jednakowoż całość prezentuje się naprawdę dobrze: podobała mi się, choć zabrakło mi w niej czegoś, jakby iskry dzięki której mogłabym powiedzieć: "WOW, ta książka jest niesamowita". 

Reasumując: "Hopeless" jest historią, która chwyta momentami za serce, pokazuje jak bardzo życie jednego człowieka różni się od drugiego, jak sekwencja zdarzeń wpływa na nas: pokazuje czysto życiowe wydarzenia w dość niecodzienny sposób, aczkolwiek nie zachwyciła mnie. Wiele osób porównuje ją do "Morza Spokoju" Katji Millay, mówiąc, że myśleli że nic lepszego nikt nie napiszę niż to. Moim zdaniem, Katji Millay wykonała świetną robotę i jej książka przekonała mnie dużo bardziej do siebie niż "Hopeless". Dlaczego? Być może dlatego, że tam słodycz nie przelewała się tak bardzo jak tutaj: owszem nie było jej aż tak dużo, ale na mój gust i tak za wiele. W związku z powyższym uważam, iż jeśli lubicie romantyczne historie, miłość i odrobinkę dreszczyku emocji "Hopeless" jest dla Was, jeśli natomiast wolicie cos bardziej przyziemnego "Morze Spokoju" oczekuje z otwartymi ramionami. 


"Hopeless" 7/10
-M


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Jo Nesbo "Upiory" czyli Harry Hole i świetna historia.

Witajcie! 

Dzisiaj przychodzę do Was z subiektywną opinią, pierwszej książki Jo Nesbo jaka wpadła w moje ręce. 

Książkę kupiłam i przeczytałam jakiś czas temu, a wszystko zaczęło się od przeceny w Księgarni Matras. Była sobie, taka samotna, opis mi się spodobał, słyszałam pozytywne opinie na temat całej serii tych książek wiec postanowiłam zaryzykować. Na początku bałam się, że nie trafi w mój gust, ale po pierwszych stronach już wiedziałam, że Jo Nesbo wskoczy na moją listę top 10 najlepszych autorów kryminałów. 

Pomimo tego, że jest to już któryś z kolei tom (9 chyba) historii o Harry Hole, kompletnie nie odczułam tego. Tak naprawdę dopiero jak przeczytałam ją, dowiedziałam się, że to jest kontynuacja wcześniejszych książek (ups..) 
Klimat jest świetny, zagadka, narkotyki, ulica, ciężkie realia życia ludzi uzależnionych od kokainy, heroiny czy innego świństwa. W dodatku napisana przystępnym i przyjemnym językiem. Cóż wiecej mogę powiedzieć? Jest naprawdę świetna. Oczywiście nie zdradze zakończenia, ale jest odrobinę niespodziewana, choć w prawdzie zaczełam się go pod koniec domyślać. 
Realistyczni bohaterowie, których tak przyjemnie się śledzi i obserwuje a nawet zyje ich życiem, że aż szkoda było mi skończyć "upiory"

Z ciężkim sercem odłożyłam ją dumnie na półkę i czekam teraz, aż kolejne części, tym razem wcześniejsze, wpadną w moje ręce.  

"Upiory" 8/10 
-M





niedziela, 11 stycznia 2015

"Morze Spokoju" Emocjonalny granat.


Witajcie!
Dzisiaj przychodzę do Was z książka po którą sięgnęłam w wakacje, ale ciągle obija się w mojej głowie. 
Jeśli jesteście ciekawi co o niej myślę, czytajcie dalej :) 


Przypadkowo dowiedziałam się o jej istnieniu i również przypadkowo po nią siegnełam. Jedna z moich koleżanek poleciła mi ją, mówiąc, że "koniecznie muszę ja przeczytać". Po przeczytaniu opisu, nie oczekiwałam wiele: dość przyziemny temat, powiedziałabym, że nawet pospolity: utrata bliskich, emocje, emocje i jeszcze raz emocje.  

Myliłam się.  

"Morze Spokoju" zabrało mnie ze sobą w niesamowitą podróż po ludzkim umyśle: czytałam i widziałam jak bardzo cierpienie jest w stanie nas zmienić, jak bardzo życie jest kruche i jak jeden czyn prowadzi do następnego. Bardzo fajni, realistyczni bohaterowie, którym ufa sie od pierwszych kartek. Autorka nie przesadziła z niczym: wątek miłości w tej książce jest chyba jednym z najlepszych napisanych wątków jakie do tej pory czytałam w tego typu literaturze (młodzieżowej?)  Żadnego przesłodzenia, wszystko wyważone i dawkowane emocje. Była odrobinę przewidywalna, ale nie aż tak bardzo. Osoba czytająca dużo kryminałów, uwielbiająca domyślać się i szukać przestępców, morderców, może tak jak ja odnieść wrażenie, że książka jest logiczna i łatwa do przejrzenia, ale mimo wszystko bardzo przyjemna do czytania.

Dla mnie to nie jest minus, ale być może warto wspomnieć, "Morze Spokoju" jest dość smutne. Nie wylejecie oceanu łez (chyba że jesteście bardzo wrażliwi), ale trzeba przyznać, że autorka stworzyła niesamowity klimat, który towarzyszy nam od początku lektury, aż do jej samego końca. 

Jednakowoż, nie uważam, że jest ona jakimś odkryciem roku, niesamowitą, ponadczasową książką, którą każdy MUSI przeczytać. Nie. 
Jest bardzo dobra, przyjemna, prosto i realnie napisana. Jest idealna dla zabicia czasu. 

Reasumując: "Morze Spokoju" jest książką, która ma w sobie wiele dawkowanych emocji. Mamy ból, smutek, niepewność, strach, przerażenie, miłość, przyjaźń, pożądanie. To plus smutek i powaga towarzysząca nam od pierwszych stron sprawia, że na moment zapominamy, że czytamy ksiażkę z gatunku romans młodzieżowy, dramat (nawet nie wiem jak to nazwać, wiele elementów się tu łączy: i coś z komedii, i kryminału i dramatu.) 
Ogólnie rzecz biorąc jest warta każdej minuty. No i nie sposób nie wspomnieć o świetnym, naprawdę świetnym zakończeniu, które pamietam idealnie do tej pory. Mimo, iż moim światem nie zawładnęła, nadal bardzo dobrze ją wspominam. Polecam!


 
"Morze Spokoju" 7/10 
-M

piątek, 9 stycznia 2015

"To tylko nasza, a nie gwiazd naszych wina" (film + książka)



Witajcie!
"Gwiazd naszych wina" pojawiło się nagle i zawróciło milionom w głowach. Mówią, że jest to powieść młodzieżowa: miłość, przygody jeśli tak nazwiemy to, co dzieję się  bohaterami. Zostańcie dalej, a dowiecie się, co o tym sadze :) 
 



"Gwiazd naszych wina" opowiada historię Hazel i Augustusa, po części można powiedzieć, że jest to ich historia miłosna, ale patrząc na to z innej perspektywy widzimy, że tak naprawdę miłość jest tutaj dopełnieniem a nie głównym tematem. Co jest takie wyjatkowego w tych bohaterach, co sprawiło że milion osób straciło dla nich głowę? Hazel i Gus są chorzy. Obydwoje przeżyli okropne chwile, które na zawsze zmieniły ich świat, ale dzięki temu poznali siebie. Na spotkaniu grupy wsparcia w kościele. Tak.. 

Wiele dziewczynek małych, a mówiąc małych mam na myśli 12-14 latki, zakochało sie w postaci Gusa, przystojnego byłego koszykarza, który przez swoja chorobę musiał przejść okropny zabieg amputacji mniej więcej 3/4 nogi.
Poniekąd rozumiem ich zafascynowanie: co prawda sama nie zakochałam się w nim w sensie dosłownym, ale jego podejście do życia, choroby, świata i jego słowa, mimo, że było tylko wypowiedziami napisanymi przez autora były naprawdę świetne. Augustus Walter jest według mnie niezwykle pozytywnym i szczęśliwym bohaterem; on pokazuje nam co to znaczy nie poddawać się. Z resztą to samo widzimy w postaci Hazel Grace. Dziewczyna jest silna, ładna, mądra i inteligentna. Co najbardziej mnie zdziwiło to to, jak bardzo temat śmierci jest w tej książce normalny. Nie ma lamentów typu: O MÓJ BOŻE, UMIERAM. Nie, Hazel i Gus wiedzą, że każda chwila w ich życiu, każdy dzień może być ostatnim. Są z tym niezwykle pogodzeni i to, mnie urzekło w tej książce.

Widzimy tam także setki, naprawdę setki świetnych filozoficznych i metaforycznych zwrotów, cytatów, tekstów, jakkolwiek chcecie to nazwać. Trzeba przyznać, że dzięki temu poniekąd, sprawia ona wrażenie bardzo mądrej i poważnej, ale nadal lekkiej i przyjemnej dla oka :)



Jak zapewne wszyscy wiedzą, książka doczekała się ekranizacji, która mimo, iż pracował przy niej także John Green (autor) nie oddaje w pełni tego, co czuje czytelnik podczas podróży z ksiązkowymi Hazel i Gusem. Film jest dobry: pokazuje wszystko co powinien i jest przyzwoicie wykonany: gra aktorska dla mnie naprawdę idealna i uwierzyłam, że ona to Hazel. Nawet Shailene pasuje do tej roli chociaż w Niezgodnej bardziej przypadła mi do gustu.

Mimo, że nie jestem fanką młodzieżówek: czasami tylko czytam jest dla zabicia nudy, bo zazwyczaj są bardzo lekkie, Gwiazd Naszych Wina nie należy do nich. Owszem, jest zaliczana do książek dla młodzieży, ale tak naprawdę temat jest tak uniwersalny, że każdy, bez względu na ilość przeżytych lat może się w nim odnaleźć. 


Dwójka przypadkowo poznających się nastolatków zakochuje się w sobie i nie liczy na typowe "i żyli długo i szczęśliwie" ale żyją chwilą, bo wiedzą, że jedno albo drugie może umrzeć. I niestety, ale życie tak działa. Mimo, że jesteśmy zdrowi, lub tak nam się wydaje, każdy z nas może umrzeć lada dzień. Dlatego czerpmy garściami póki możemy i bądźmy jak Augustus: pozytywni!

 Reasumując: Uważam, że każdy z nas może odnaleźć się w tej książce: cierpienie nie jest nam obce. Historia ta zaprawiona miłością, humorem i doprawiona szczyptą tragedii jest dla mnie taką małą podpowiedzią, cichym głosikiem mówiącym: "żyj póki możesz" wiecie, takie Carpe Diem. Ile ludzi tyle opinii oczywiście, znam osoby, którym książka i film kompletnie się nie podobały i okej, ma prawo, bo każdy z nas ma jakieś swoje gusta i preferencje (nie jesteśmy tacy sami) Ale osoby, które przeżyły jakaś tragedię, która wstrząsnęła nimi oraz takie które tylko sobie wyobrażają jak to jest, po przeczytaniu tej ksiażki będa o bagaż doświadczenia większe: jak sie kończy "Gwiazd naszych wina" 
Smutno. 
Ale tak jak powinno się skończyć. 









 Ps. Uważam, że amerykańska okładka książki jest świetna, o wieeeele lepsza niż nasza polska i filmowa (co według mnie w ogóle jest totalną głupotą no ale co ja zrobie..) 


"Gwiazd naszych wina" książka: 8/10 Film: 6/10
-M
 




czwartek, 8 stycznia 2015

"Sekstaśma" = Amerykańskie kino na ekranie.


Witajcie!
Dzisiaj opowiem Wam o moich odczuciach odnośnie jednej z najnowszych komedii amerykańskiego kina: Sekstaśmy. 
Zapraszam :) 


 Poznajemy Anie, Jay i ich dwójkę dzieci. Jak to bywa w tego typu komediach: stereotypowa amerykańska rodzina. Kiedyś uzależnieni od siebie Jay i Anie powoli wypalają się jesli chodzi o miłość. Ich związek nie jest już taki jak dawnej: nie kochają się często i najważniejsze dla nich są dzieci. (Jak dla każdego rodzica..) 



Pewnego dnia, Anie postanawia odesłać dzieciaki do domu swojej matki by celebrować pewną ważną dla niej rzecz (nie powiem jaką bo będzie spoiler) Tak na marginesie, Anie jest blogerką: pisze o byciu matką i żoną, ciekawe prawda? 
Także wracając, Anie chce uczcić ową dobrą nowinę z meżem.

Postanawia, że nagrają oni swoją własną seks taśmę i zaraz potem ją skasują (jaki był tego sens? Anie twierdziła, że to będzie coś nowego...) 

I tak zrobili. 

Oczywiście sprawy wymknęły się spod kontroli, sekstaśma trafiła w niepowołane ręce, zaczęło się dochodzenie, ściganie i szukanie tego "kto wysłała sms" (Jay dostaje sms w sprawie seks taśmy..) 

Odchodząc na moment od fabuły filmu, muszę przyznać, że Cameron Diaz jest chyba nieśmiertelna. Owszem, wygląda starzej, ale ciągle świetnie. Są ludzie, którym młodość nie służy tak bardzo jak starość (nazwijmy to starością) Zawsze ją lubiłam i mimo, że absolutnie nie pokazała w "sekstaśmie" swoich aktorskich talentów, tak naprawdę dzięki niej ten film był przyjemny do obejrzenia. 

Jednakże to nie tak, że uważam go za bardzo dobry. Komedia komedią, ale momentami była dość żenująca i prymitywna: wiem, wiem, jej tytuł jest "sekstaśma" wiec wszystko będzie się kręciło wokół seksu, ale czasami miałam wrażenie, że reżyser za bardzo chce nam udowodnić coś, sama nie wiem co.. Że jest śmiesznie? 
Fakt, niektóre momenty były śmieszne, zabawne i fajnie po prostu, przyjemne do oglądania, aczkolwiek jak kiedyś już wspomniałam, co za dużo to nie zdrowo. Za dużo "śmiesznych" momentów może się przekształcić w coś "żenująco śmiesznego" a to nigdy nie będzie zamysłem dobrego reżysera. Zabawne też było i dość dziwne, jak Jay, mąż Anie rozdawał wszystkim Ipady.. Na co komu tyle Ipadów? Reklama? Czy o co chodziło? 
Zazwyczaj masz jednego Ipada i tyle. Nie oszukujmy się: sa cholernie drogie. 


Reasumując: Film jest naprawdę przyjemny jesli chodzi o oglądanie go: nie jest ciężki, nie porusza ciężkich tematów, jest sprawnie zbudowany i wszystko mniej więcej trzyma się jednej kupy. Niestety nie jest najlepszą komedią, jaką w tym roku oglądałam. Cameron Diaz broni ten film swoim aktorstwem. Moim zdaniem fabuła absolutnie nie powala: jest dość dziwna i niezbyt dobrze przemyślana, chociaż wykonanie jej i zrealizowanie scenariusza dość porządne. Myślę, że jest idealnym rozwiązaniem na nudę: wieczorami, popołudniami, podczas obiadu, treningu.. Przyjemna, lekka, przeciętnie śmieszna ale z potencjałem do bycia taką. Jeśli oczekujesz czegoś takiego, nie zawiedziesz się. Jeśli natomiast od komedii oczekujesz czegoś więcej, być może poważniejszego podejścia czy po prostu mniej dziwnej, żeby nie powiedzieć głupiej, tematyki, nie polecam Ci tego. Tak jak powiedziałam wcześniej, film nie powala ale także nie zawodzi, jeśli tylko nie nastaiwamy się na cudo roku. 

Ot tak, przeciętna komedia na umilenie wieczoru: 6/10

-M

środa, 7 stycznia 2015

"Mr. Grey will see you now", czyli świeże spojrzenie na światowy fenomen "Pięćdziesiąt Twarzy Greya"


Witajcie!
Tym razem zajmiemy się bestsellerem oraz trylogią "Pięćdziesiąt Twarzy Greya"
Zapraszam do czytania! 


Nie ma chyba osoby na świecie (?) która nie słyszała o słynnym Panu Greyu i słodkiej, niewinnej Anastasii Steel. Ich historia rozpowszechniła się jak zaraza, oblewając cały świat i wręcz zmuszajac ludzi do przeczytania trylogii z czystej, piekielnej ciekawości. 


Jak przystało na światowej klasy fenomen, historie Pana Greya doczekały się ekranizacji. Co prawda film jest już skończony i prawdopodobnie obrobiony, ale my bedziemy mieć zaszczyt obejrzeć go 14 lutego 2015, czyli w Walentynki. 
Nie wiem czy jest odpowiedni film na walentynkową randkę; podejrzewam że połowa panów na sali poczułaby się urażona i zazdrosna o swoje kobiety wzdychajace do Boga Christiana (nie isntniejącego) Greya. 

Odchodząc od tematu filmu (który obejrzę niebawem) 
Skupmy się na książkach!

Poznajemy Christiana, bogatego, przystojnego, inteligentnego, uzdolnionego muzycznie i pod każdym innym względem nierealnie idealnego mężczyznę, który prowadzi swoją niezwykle dochodową firmę. 
Niebawem poznajemy także Anę, skromną, nieśmiałą, niezdarną i niedoświadczoną młodą dziewczynę, która pojawia się w biurze Pana Grey, od razu przykuwając jego uwagę. 
Tutaj juz widzimy pojawiający się wszędzie szablon: on niezwykły ona zwykła i na odwrót. 

Jako fanka nieprzewidywalnych i nietuzinkowych książek, motyw ten pojawiający się w prawie każdej młodzieżowej książce czy też romansie jest tak oklepany, że aż oczy bolą od czytania tego. Ale ok, dałam szansę Panu Idealnemu i Pannie Steel. Uparcie czytałam (co prawda zajęło mi to bardzo długo, bo z roczną przerwą miedzy cześcią pierwszą a drugą i trzecią, które skończyłam dopiero niedawno) 

Być może nie znam się na tego rodzaju literaturze: erotyki to nie mój świat, całe te "zabawki" Christiana były dla mnie mocno dziwne i nawet momentami chore, no ale świat już taki jest: chory i porąbany jak cholera. Przełknełam wiec ślinę i czytałam dalej i dalej aż w końcu skończyłam ostatnią kartkę ostatniej części trylogii, tj. "Nowe oblicze Greya".



Trylogia okrzyknięta książkami roku, fenomenem, bestsellerem na całym świecie, najlepsza historią miłosną nie zachwyciłam mnie ani trochę


Szanuje w zupełności zdanie ludzi, którzy są nią oczarowani: po prostu mamy inny gust. Dla mnie "Pięćdziesiąt Twarzy Greya" było lekturą dla zaspokojenia ciekawości i odpowiedzi na pytanie: "Co światu się w tym podoba?" Trzeba jednakowoż przyznać, że czyta się ją nadzwyczaj lekko i przyjemnie, jak przystało na lekturę niezbyt wysokich lotów do jakich, niestety, uważam że zaliczają się historię Pana Greya. 
Styl autorki nie jest idealny, ale nie musi być: w końcu był to jej literacki debiut, możemy jej to wybaczyć, kiedyś będzie lepiej, w końcu każdy z nas musi jakoś zacząć, a początki zawsze są ciężkie. Aczkolwiek odniosłam wrażenie, że autorka pogubiła się we własnej wizji, własnej historii i zagmatwała ją tworząc bałagan na równo przedrukowanych kartkach. Niestety, dla mnie historia nie zawierała w sobie wiele: były momenty ciekawe ale były także i te kompletnie denne i niepotrzebne. 

Pierwszą część czytało się bardzo dobrze. 
Drugą część gorzej. 
Trzecią najgorzej. 


 Na przestrzeni wszystkich części możemy obserwować jak bardzo zmienia się nasz główny bohater, Christian. Pozwala Anie się dotykać, robi dla niej dużo rzeczy, jego stan psychiczny zdecydowanie się poprawia, co potwierdza jego psychiatra (!!) Jednakże pod względem psychologicznym widzimy jak bardzo pogubionym dzieckiem, chłopcem a teraz mężczyzna jest idealny Christian Grey. Zgłębiamy historię jego rodziny, wcześniejszego życia odkrywając Nowe Oblicze Greya , a to wszystko za sprawą miłości.  


Nie chce w żadne sposób obrazić fanów, ale moim zdaniem miłość Christiana i Any została mocno przesłodzona. Ciągłe wyrazy miłości, zapewnienie o niej, nazbyt czułe gesty w zbyt mały odstępach czasowych (kartkowych) przyczyniły się do tego, że trzecia i ostatnia część była dla mnie najgorszą częścią i z trudem ją przebrnęłam. Miłość miłością, rozumiem uczucia, namiętność, pragnienie, ale co za dużo to nie zdrowo. Czułam się przytłoczona ich uczuciem, mimo, że tak naprawdę tylko o tym czytałam. Co więcej, zarzucam autorce iż nie skupiła się na postaciach pobocznych: wspomniała o niektórych, czasem coś o nich opowiedziała, ale tak naprawdę, nigdy nie poczułam żadnego związku z postaciami innymi niż Grey i Ana. Ale tak jak sobie obiecałam: przeczytałam i moja ciekawość została zaspokojona. 

Reasumując: Trylogia "Piećdziesiąt Twarzy Greya" nie jest złą książką jeśli lubimy tego typu klimaty: ja ogólnie wychodzę z założenia, że nie ma złych książek, są tylko takie, które nie przypadają do naszego gustu. Tak jest w tym przypadku. Pomimo szału i ekscytacji, wbrew pozorom książka nie ma nam za wiele do zaoferowania: seks, miłość, miłość, lekkie coś związanego z kryminałem, seks, trochę więcej miłości, łzy, seks. Tutaj wszystko dzieje się szybko i mocno. Jeśli wiec jesteście fanami erotyków, lubicie przesłodzoną do granic możliwości miłość i lubujecie się w lekko przekoloryzowanych historiach, jestem prawie pewna że pokochacie "Pięćdziesiąt Twarzy Greya". 
 Ja natomiast zostanę przy innych, realniejszych książkach, które idealnie wpasowują sie w mój gust. 


Trylogia "Pięćdziesiąt Twarzy Greya" 5/10
-M



Witaj, Dexterze Morganie.


Witajcie!
Dziś wracam z luźnymi przemyśleniami na temat kultowego serialu (na podstawie książek) o dumnej nazwie "Dexter" 
Nawet jeśli go nie oglądałeś/aś na pewno wiesz, o czym jest. Wszyscy wiedza, ale nie każdy ma odwagę go obejrzeć. 

To w porządku. Życie nie musi być perfekcyjne. Musi zostać przeżyte.

 Z góry nasz umysł zmusza nas do myślenia, że ten serial jest zły: historia mordercy, pracującego w policji, który na dodatek nie ma uczuć? Mechanizm obronny, zwany mózgiem, podpowiada nam, że prawdopodobnie serial ten przepełniony jest bezbronną, przelaną krwią i okrucieństwem. 

Nic bardziej mylnego. 

Tak jak ja- puste w środku.
Poznajcie Dextera Morgana: analityka, który zajmuję się badaniem krwi dla policji na Florydzie, USA. 
Jak każdy, pospolity, szary człowiek wstaje codziennie rano, myję się, goli, ubiera, je śniadanie i wyrusza do swojej przyziemnej pracy, w której godzinami ogląda próbki krwi, starając się dopasować jedną próbkę do drugiej. Czyż to nie nużące? Krew, krew, krew i jeszcze trochę krwi. 

Dexter skrywa jednak sekret.

Naprawdę potrzebuje... kogoś zabić.
  Mroczny i niebezpieczny dla osób w jego otoczeniu, którzy żyją w błogiej 
nieświadomości: codziennie w pracy mijają na korytarzu jednego z najinteligentniejszych seryjnych morderców jakiego widział świat. 

Dexter ma niecodzienne hobby: łapie przestępców, którym udało się w jakiś sposób uciec spod ręki sprawiedliwości i sam im ją wymierza. (Bolesną, okrutną ale zasłużoną) 

Pytanie, po co to robi? 
Czy jest mu aż tak bardzo nudno, że postanawia zabawić się w policję? 
Czy jest chory umysłowo? 
I tak i nie. 
Nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi: Dexter Morgan jest postacią bardzo złożoną: odczuwa inaczej, jest poniekąd niezdolny empatii, choć to wszystko wydaję się zmieniać z sezonu na sezon (jest ich 8), ale przede wszystkim odczuwa on silną, naprawdę bardzo silną potrzebę zabicia kogoś. 

To go odpręża, daje poczucie bezpieczeństwa i zwycięstwa. 

Swoją morderczą stronę sam nazywa MROCZNYM PASAŻEREM i poniekąd jest to bardzo trafne określenie.

I tak oto przedstawia się zarys fabuły: Dexter oczywiście ma także dziewczynę, potem żonę, siostrę i przyjaciół, ale mimo to czuję się inny, bardziej psychodeliczny i destrukcyjny. 


 Przez 8 sezonów oglądamy walkę głównego bohatera ze swoją przeszłością, teraźniejszością, zlepkiem różnych, nieznanych mu dotąd, uczuć, z którymi bardzo ciężko jest mu się pogodzić, wzlotami i upadkami jego psychicznej strony, choć musze przyznac, że jako osoba jest bardzo silny psychicznie: sama chęć zabicia to coś złego i przerażajacego, ale on, owijając folią starannie przygotowany pokój, wykładając komplet rzeźnickich noży rzeczywiście to robi: odbiera życia tym samym bawiąc się w Boga, ale czy rzeczywiście to co robi jest złe?




Dexter podąża Kodeksem: zabija tylko złych. Tych, którzy sami zabili. Czy to nie jest swego rodzaju sprawiedliwość? 

Śmierć za śmierć.
Życie za życie.

Dexter Morgan nie jest normalny: radość sprawia mu widok jego wykrwawiającej się ofiary, ale moim zdaniem nie czyni go to w 100% złym. 
Moge się założyć, że uratował dwa razy więcej żyć niż odebrał. Czy w takim razie jego zbrodnie nie są "złem koniecznym"? 

Tak jak wspomniałam wcześniej, "Dexter" jest czymś wiecej niż serialem o bezmyślnym morderczym psychopacie, latającym z nożami jak dziki. Bardzo głęboko wchodzimy w psychikę bohatera, dowiadujemy się co się z nim działo wcześniej i dlaczego jest jaki jest. 
W końcu to zaakceptowałem. Zawsze będę sam.

Dlaczego robi to co robi. 
I dlaczego musi to robić. 
 
Kiedy rozmawiałam z paroma osobami, wspominając o tym serialu usłyszałam w odpowiedzi: "Ja nie będę oglądać serialu o mordercy, weź" 
Ale dlaczego? 
Ludzie boją się oglądać rzeczy, które notorycznie dzieją się na świecie: błagam Was, ile niewinnych osób ginie z rąk szaleńców? 

Ludzie nie potrafią zrozumieć, że tutaj, pod osłoną krwi ukryte jest przesłanie: jak bardzo życie ludzkie się zmienia, jak nasza przeszłość wpływa na nas i co się z nami dzieje. 

Nikogo nie zmuszam i nie mówię: "O musisz to koniecznie obejrzeć" bo wiem, że są tacy, szczególnie wrażliwi na krzywdy innych ludzie, którzy nie będą w stanie wytrzymać Dextera. Jednakowoż nie skreślajmy go: czasami nie taki diabeł straszny jakim go malują :D 


Reasumując: Tak Dexter jest mordercą, tak zabija ludzi i tak o tym z grubsza jest serial, ale warto czasami odłożyć nasze przypuszczenia i wątpliwości na bok i postawić wszystko na jedną kartę: kto wie, być może będzie warto. A być może nie. Moja opinia jest pozytywna: serial pomimo swojej treści, która być może odrzuca pewnych ludzi (większość ludzi) pokazuję coś zupełnie innego niż bezwzględnego mordercę. Po pewnym czasem zżywamy się z Dexterem, współczujemy mu i nawet kibicujemy, dochodzimy do momentu w którym sami krzyczymy: "zabij go w końcu!". Tak, "Dexter" wzbudza uczucia. Obudził on we mnie świadomość świata: jak bardzo pogmatwane jest czasem życie i jak bardzo czasami błądzimy, ale także pokazał mi, że nie wszystko złoto co się świeci: prosty człowiek tez może być kimś więcej. Ponadto miłośnicy życiowych cytatów znajdą coś dla siebie: Dexter jeśli chodzi o filozoficzne przemyślenia jest mistrzem.

Polecam ten serial wszystkim tym, którzy nie boją się zobaczyć krwi i brutalności, której naprawdę jest niewiele (o dziwo... :O )
-M



wtorek, 6 stycznia 2015

Pan Mercedes, czyli historia nieprzeciętnego mordercy.



Witaj na moim blogu i dzięki, że wpadłeś :)


 Dzisiaj pod lupę weźmiemy jedną z najnowszych książek nieprzeciętnego Stephena Kinga, o tajmniczym tytule "Pan Mercedes"
Nie, nie jest o samochodzie.
(Notka nie zawiera spoilerów)


 Po samym przeczytaniu opisu z tyłu książki dowiadujemy się, że opowiada ona historię Bradiego, który zabił ludzi rozjeżdżając ich mercedesem. Idąc tym tropem logiczne już jest iż jest on naszym Panem Mercedesem. Czytając dalej dowiadujemy sie, że pragnie on przeżyć coś takiego jeszcze raz, lecz tym razem z większym przytupem, zabijając większą liczbę osób: setki, tysiące, miliony (ma chłopak ambicje, trzeba mu przyznać)

Drugą główną postacią, nie pozostajaca ani chwili w cieniu Bradiego jest emerytowany policjant, detektyw Bill Hodges. Musi on znaleźć i powstrzymać szalonego Pana Mercedesa, który bawi się nimi jak tylko chce. 

Fani Kinga nie potrzebują zapewnienia, iż książka jest doskonale napisana: i tym razem mistrz horrorów nie zawiódł. Historia jest spójna, posiada wszystko to co powinna posiadać, łącznie z paroma ozdobnikami, jakimi jest na przykład chwilowa miłość głównego bohatera do pewnej kobiety. Mimo prawie 600 stron, nie nudzi ani chwilę, a akcję która się tam rozgrywa trzyma momentami w naprawdę ogromnym napięciu, przygotowujac czytelnika na finalne wystąpienie Bradiego. Co jest dodatkowym plusem i minusem jednocześnie: od początku wiemy kto zabił, nie ma tego dochodzenia ze strony policjanta: tutaj wszystko jest napisane już w opisie z tyłu. Natomiast to, co naprawdę bardzo mi się podobało to połaczenie tej samej historii, opowiedzianej z perspektywy mordercy (Pana Mercedesa) i detektywa emerytowanego Hodgesa. Widzimi jak bardzo chory, zagubiony i inny (psychopatyczny?) jest Brady, jak bardzo jego rodzinna historia zmieniła jego, jego matkę, jego światopogląd. Niesamowity kontrast postaci: 

Prawo i bezprawie. 
Noc i dzień. 
Ciemność i jasność. 
Brady i Hodges.  

Nie można jednak nie wspomnieć o lekkości jaka towarzyszy każdej kolejnej kartce "Pana Mercedesa". W żadnej chwili nie odczułam "ciężkości" tej książki, pomimo tematu, który na pierwszy rzut oka jest dość, hm, okrutny i poważny. Sprytne oko dostrzeże w niej również zalążek psychologii, znajomości ludzkich zachowań lub po prostu człowieka. Chęć samobójstwa, myśl, że życie nie ma już sensu, uczucia jakiego towarzyszą człowiekowi, gdy wie, że śmierć czeka tuż za rogiem, gotowa by wyciągnąć ramiona i pochłonąć go, świadomość czynu i jego konsekwencji. 

Reasumując: "Pan Mercedes" jest książką zdecydowanie wartą każdej poświęconej nad nią minuty. Oczywiście, nie spodoba się wszystkim i nie wszystkim spodoba się w niej wszystko, ale wierzę, że obiektywne czytelnicze oko będzie w stanie dostrzec przewagę zalet nad wadami, które kompletnie bledną przy ogólnej ocenie. 

-M