czwartek, 29 października 2015

Film: "Papierowe Miasta" czyli beztroska podróż wgłąb siebie :)

Johna Greena chyba przedstawiać nie trzeba: autor słynnej powieści młodzieżowej "Gwiazd naszych wina" napisał już sporą ilość książek o podobnej lecz z drugiej strony, zupełnie innej tematyce. 

Dzisiaj (w końcu!) zmierzyłam się z ekranizacją jego książki pt. "Papierowe miasta". 

Film opowiada historię przyjaźni (tak naprawdę miłości, ale o tym będzie dalej) Młody chłopiec od pierwszego wejrzenia zakochuje się w swojej nowej sąsiadce. Dzieciaki są w podobnym wieku wiec szybko się zaprzyjaźniają i spędzają razem czas. Quentin jest dość spokojny, nie chce ładować się w kłopoty. Margo natomiast jest zagadką: lubi tajemnice i sama się nią staje. Ich drogi rozchodzą się po jakimś czasie i w liceum już prawie ze sobą nie rozmawiają. Aż do pewnego czasu. 

Gdy Margo "odchodzi" chłopak chcąc ją odnaleźć rusza tropem zostawionych przez nią wskazówek. Wraz z przyjaciółmi jedzie tysiące kilometrów by ją odnaleźć i wyznać co czuje. Przy okazji dochodzi do bardzo ważnych wniosków, powiedziałabym, że nawet życiowych. 


Od bardzo dawna chciałam obejrzeć ten film, ale jakoś nie było mi po drodze. A to nie miałam czasu a to coś tam i odwlekałam to w czasie jak najdłużej się dało. Teraz gdy już jest on za mną, żałuje, że nie obejrzałam go wcześniej, ale z drugiej strony wiem, że nic szczególnego nie straciłam. 

Historia ta może wydawać się typowym "love story" jednakże wcale nim nie jest. Quentin owszem, jest zakochany w Margo, ale ich relacje są zupełnie inne niż byśmy się tego spodziewali po opisie filmu. 

Duży plus wędruje za utrzymaną zagadkę do ostatnich minut filmu i świetne (moim zdaniem) zakończenie. Było nieprzewidywalnie, odrobinę tajemniczo lecz także lekko i przyjemnie. 

"Reasumując: "Papierowe Miasta" wcale nie są historią miłosną powszechnie znaną z wielu podobnych filmów: owszem cała podróż jest napędzana miłością, lecz koniec końców jest to przede wszystkim historia dorastania i poznawania siebie. Margo nie wiedziała kim jest i dlatego zdecydowała się wyruszyć w podróż. Prawdą jest to, że w czasami nie wiemy kim jesteśmy, a przynajmniej nie jesteśmy tego pewni całkowicie. Musimy spojrzeć na świat z innej perspektywy, dać się ponieść młodości, pojechać bez konkretnego celu w nieznane, wsiąść do złego pociągu albo autobusu i czerpać przyjemność z podróży i wspomnień jakie nam z tego pozostaną. 

Film ten jest mi bliski ponieważ kieruję się podobnymi wartościami: podróżuje, bawię się, zdobywam doświadczenie życiowe i tworzę swoją własną, indywidualną historię. 

Takie powinno być życie: jedną wielką zagadką. 


"Papierowe Miasta" 7/10
-M




środa, 28 października 2015

"Ekspozycja" Remigiusz Mróz: zabójca, monety i trochę historii.

Mroza nie trzeba nikomu przedstawiać: ostatnio jego książki cieszą się ogromną popularnością i jak najbardziej jest to zrozumiałe. Czy "Ekspozycja" jest tak dobra jak mówią? Zapraszam do dalszej części :)

 Historia zaczyna się od naszego głównego bohatera, policjanta Wiktora Forsta. Ogląda on bowiem ciało zawieszone na krzyżu na Giewoncie. Chwilę później poznajemy dziennikarkę Olgę Szrebską, młodą, ładną kobietę, która wchodzi z Forstem w układ. Jak się później okazuje, sprawa jest trudniejsza niż na początku sądzili bohaterowie: wyruszają w podróż do Białorusi, na Ukrainę a Olga leci nawet do Kaliforii, gdzie rozmawia z ważnym pastorem, mogącym przybliżyć nam rozwiązanie zagadki. Jak to wszystko się skończy? Nie wiemy do samego końca. A nawet wtedy nic nie jest oczywiste. 

Mam trochę mieszane uczucia.. 

"Ekspozycja" z jednej strony podobała mi się bardzo: dobrzy bohaterowie, interesująca akcja i jej ciągłość sprawiały, że książkę czytało mi się bardzo szybko i wygodnie.

Z drugiej jednak strony, zabrakło mi czegoś, co przekonało mnie w "Kasacji" i podbiło moje serce. Może jest to fakt, że nikt nie zastąpi Chyłki i Zordona, nawet taki Forst i Szrebska.. 

Widoczny w książce jest wątek historyczny. Co z jednej strony przeszkadza a z drugiej zachęca. Ja wielką fanką historii nie jestem i raczej nie sięgam po takie dzieła, ale tutaj jak najbardziej mi to pasowało. Kontrowersyjny wątek religijny także mi się podobał, mimo, że momentami troszkę się w nim gubiłam, koniec końców odnajdywałam się :) 

Duży plus także, za rozwiniecie akcji. Mróz jak zwykle nie dał nam się domyślić końca: musiał zrobić coś, co zmusi nas do sięgnięcia po kolejną część.  I tak, ja również się w nią zaopatrze. 

Reasumując: "Ekspozycja" opowiada historię usprawiedliwionego mordowania oraz bardzo inteligentnego lecz z drugiej strony strasznie brutalnego i momentami niesprawiedliwego. Wszystko nabiera sensu dopiero pod koniec książki, gdy fakty zostają połączone w całość. Mimo to, nie przekonała mnie ona do siebie w 100%. Podobała mi się, jest bardzo dobra. Ale czasami jest tak, że jednak książka przypadnie nam bardziej do gustu a druga mniej. 

Jednakże, jak najbardziej polecam Wam się z nią zapoznać, bo jest świetnym kryminałem! 

Już czekam jak dalej rozwiąże się ta historia :) 

"Ekspozycja" 8/10
-M

wtorek, 27 października 2015

Wycieczka za ocean, czyli American Dream: CZ. 1 REKRUTACJA I PROGRAM

Jakiś czas temu pisałam o moich planach na najbliższe wakacje i mimo, że jest dość wcześnie (tak, wiem) już powoli wypełniam swoje papiery na wyjazd do Stanów Zjednoczonych na wakacyjny Camp by być wychowawcą kolonijnym amerykańskich dzieciaków. 


W internecie jest trochę opisów jak to wszystko się odbywa, ale korzystając z okazji, że mam bloga (co prawda książkowo-filmowego, ale pewnie mi wybaczycie) postanowiłam podzielić się swoją wiedzą i być może zachęcić kogoś do podjęcia decyzji o wyjeździe.







Program na który ja się zdecydowałam (a raczej firma pośrednicząca) to CAMP LEADERS (link to strony

Ich zadaniem jest płynne przeprowadzenie nas przez proces rekrutacyjny (w tym weryfikacje językową) oraz w późniejszym czasie załatwienie procedur związanych z wydaniem wizy J-1 (koszty ponosimy my, niestety) i finalnie znalezienie nam pracodawcy na terenie Stanów Zjednoczonych. 

Uczestnik może wybrać sobie, jak chciałby pracować. Ja akurat zdecydowałam się na Opiekuna kolonijnego (Camp Counselor). Inne możliwości to: 

  •  Support Stuff (czyli np: praca na kuchni, zmywanie na obozie, sprzątanie itd) 
  • Special Needs Counselor: Opieka nad osobami niepełnosprawnymi 
  • Resort (czyli praca np: w hotelu, restauracji)  


Warunkiem do trzech wymienionych prac jest Status Studenta, którego ja nie posiadam i nie jest mi potrzebny by być Camp Counselor. 

Głównym założeniem jest nauczenie dzieciaków czegoś wartościowego: czy to aktywności sportowe, czy muzyczne. Zazwyczaj mile widziane jest coś kreatywnego. Z tym mam problem, bo nie jestem atletyczną osobą, także zostaję mi tylko muzyka i kreatywne zabawy :) 

Praca trwa co najmniej 10 tygodni z możliwością przedłużenia. Oczywiście dostajemy za to odpowiednią sumę pieniędzy. W zależności od wykonywanej pracy od 800$ do 1200$. 

By wyjechać jako Opiekun Kolonijny trzeba mieć angielski na poziomie C1 podczas gdy jako Support Stuff na B1, czyli po prostu trzeba umieć mówić i się dogadać. 

Jak wygląda proces rekrutacji? 

  1. Rejestrujemy się na stronie, wypełniamy nasze dane i umawiamy się na wstępna rozmowę z naszą przydzieloną konsultantką (czekałam około 2-3 tygodni na kontakt, jeśli nie dzwonią długą, proponuje o sobie przypomnieć) 
  2. Umawiamy się na rozmowę przez Skype, gdzie następuje weryfikacja naszego angielskiego ( dosłownie parę pytań: jak się masz, co dziś robiłaś, co chcesz robić w życiu.. Bałam się a to nic strasznego, wierzcie mi ) i krótka rozmowa odnoście programu: możemy zadać wszelkie pytania. 
  3. Dostajemy umowę, którą trzeba dokładnie przeczytać, wydrukować w dwóch egzemplarzach i wysłać do siedziby firmy
  4. Przelewamy (wedle regulaminu) pierwszą ratę, wynoszącą 600 zł, po czym zaczynamy dokładnie uzupełniać naszą aplikację (opowiadamy o sobie, o naszych zdolnościach, których moglibyśmy uczyć, o naszej rodzinie i stosunku jaki mamy z nimi, o doświadczeniu w pracy, motywacji w zyciu, dlaczego chcemy dostać się akurat do pracy jako Camp Counselor) 
  5. Nagrywamy krótki 2-3 minutowy filmik na nasz temat, gdzie MUSIMY mówić po angielsku i prezentujemy siebie. Ja zdecydowałam się zrobić prosty, niezbyt fenomenalny i koślawie zmontowany filmik, ale przekazałam to co chciałam i to się liczy! 
  6. Umawiamy się na kolejną rozmowę przez Skype, tym razem o naszych zdolnościach i preferencjach. Konsultantka zada nam trochę pytań o nasze doświadczenie, odbyte kursy, certyfikaty, staże, praktyki.. To wszystko trzeba tam powiedzieć
  7. I dalej uzupełniamy aplikację o nowe dokumenty: zaświadczenie o niekaralności, formularz medyczny z którym musimy iść do lekarza by nam wypełnił oraz ksero paszportu, dokumenty potwierdzające naszą znajomość angielskiego i jeśli to potrzebne dokumenty poświadczające że studiujemy (ja nie potrzebuje tego akurat) 
  8. Prosimy by ktoś z naszych nauczycieli, wykładowców, pracodawców wystawił opinię/ referencję. Jest to krótki formularz z paroma pytania na nasz temat. 
  9. Zgromadzoną stertę dokumentów dodajemy do naszej aplikacji online i teoretycznie czekamy aż pracodawca się nami zainteresuje i dostaniemy zatrudnienie. Może to potrwać nawet do Maja, także trzeba (yh muszę!) być cierpliwym. 
  10. Gdy już jest pewne, że jedziemy, wpłacamy resztę kwoty i tak naprawdę zaczynamy bawić się z procedurami wizowymi: Camp Leaders umawia nas na spotkanie w konsulacie, idziemy, rozmawiamy, zostawiamy paszport gdzie dają (lub nie) nam wizę. W 99% uczestników dostaję wizę bez problemu jako, że jest to wiza dla studentów i ludzi na wymiany kulturowe i programy takie jak te. (W przyszłości pewnie zrobię coś osobnego o tym) 
  11. Odbywamy szkolenie przed wylotem, gdzie dostajemy bilety i potrzebne informacje. I cóż.. LECIMY

Opłaty: 

Program kosztuje w sumie 1880 zł: 

  • rata 1: 600 zł na początku po podpisaniu umowy (w razie nie dostania się, kwota jest oddawana) 
  • rata 2: 1280 zł (po znalezieniu pracodawcy, gdy jest to już pewne) 
W kosztach zawarte są bilety lotnicze, ubezpieczenie na 90 dni, zakwaterowanie i wyżywienie podczas Campu na którym będziemy pracować. 

Dodatkowo do tego trzeba niestety doliczyć koszty wizy: ok. 160$ (+/- 600 zł) i oczywiście kosztów pobocznych jak: przesyłka, zaświadczenie o niekaralności (30zł) i takie różne "pierdoły". 


Cały wyjazd wyniesie w granicach: 3500-4000 tys w zależności ile $$ chcesz ze sobą zabrać. Myślę jednak, że jak na Stany Zjednoczone nie jest to dużo, biorąc pod uwagę świadczenia jakie mamy w tym zawarte, czyli zakwaterowanie i wyżywanie wraz z biletami lotniczymi. Ciężko jest znaleźć bilety w dwie strony za 4000 tys. także duży plus. 


Jestem na razie na zakończonym, prawie procesie rekrutacji: muszę tylko wypełnić Formularz Medyczny i załatwić zaświadczenie o niekaralności wraz z kserem wszystkich paszportów, świadectw i tak dalej.. 

Jeśli ktoś z Was jest czegoś ciekaw o czy nie powiedziałam, piszcie śmiało. Podejrzewam, że większa część nie wiedziała, że coś takiego istnieje. Ja tez nie do tamtego roku :) 

Kiedy się dowiedziałam, wiedziałam, że po skończeniu 18 lat pierwszy poważny, transatlantycki wyjazd odbędzie się szybciej niż myślą moi znajomi :) 

Dlaczego zdecydowałam się to napisać akurat? Być może jest ktoś kto jeszcze nie wie wszystkiego, nie jest pewny jak się to odbywa i się zastanawia. Ja też nadal nie jestem ekspertem.. Jedno mogę Wam powiedzieć: Jeśli ma się marzenia, trzeba je spełniać! Nie ukrywam, potrzeba również odwagi by samemu polecieć do Stanów nie znając nikogo, ale cóż.. DO ODWAŻNYCH ŚWIAT NALEŻY! 

Dajcie znać czy chcecie w przyszłości więcej postów z serii American Dream :) 

-M











piątek, 16 października 2015

"Nie powiesz nikomu" czyli lekka komedia na jesienne popołudnie

Przez ostatnie tygodnie naprawdę bardzo ciężko jest mi się zabrać za jakąś cięższą, głębszą książkę. Dlatego też, gdy przeczytałam o "Nie powiesz nikomu" pomyślałam, że będzie to bardzo miłe urozmaicenie. Tak oto zaczęła się moja przygoda z komedią romantyczną na papierze. 

Historia opowiada o dziewczynie, Emmie, która boi się latać samolotami. Pewnego dnia, wracając z niezbyt udanej podróży służbowej, na pokładzie samolotu panują ogromne turbulencje: dziewczyna w przypływie paniki opowiada największe sekrety ze swojego życia nieznajomemu mężczyźnie na sąsiednim siedzeniu, po raz pierwszy będąc całkowicie szczerą. Emma myśli, że nigdy więcej nie spotka nieznajomego. Jak się potem okazuje, ich drogi będą krzyżować się dość często. 

Książka jest bardzo lekka, co jest dużym plusem: szukałam czegoś lekkiego ale nie dennego i to otrzymałam. Język jakim jest napisana jest śmieszny ale z drugiej strony poważniejszy niż w większości książek "lekkich" jakie przeczytałam. 

Cała historia jest odrobinę przesłodzona i nierealna, ale w gruncie rzeczy stanowi spójną całość i rozrywkę dla czytelnika: przypominało mi to trochę oglądanie komedii romantycznej z Ashtonem Kutcherem w roli głównej (nie wiem dlaczego, jakoś bardzo mi pasował do Jacka) 

Reasumując: "Nie powiesz nikomu?" jest lekką i przyjemną lekturą idealną na jeden, dwa wieczory. Nie jest niczym szczególnym, nie zachwyca i nie wciska w fotel, ale sprawia, że człowiek po ciężkim dniu uśmiecha się i spędza dobrze czas. Przewidywalność jest tutaj jednak obecna: starałam się nie myśleć o tym bardzo, ale nie da sie ukryć, kończy się tak, jak powinno. Bohaterka wykreowała całkiem dobrych bohaterów, mimo, że czuję niedosyt (tak przywykłam do bohaterów Kinga, że teraz każdy inny bohater jest dla mnie niewystarczający) Ogólnie polecam Wam się zapoznać z tą książką: tak jak wspomniałam, jest zabawna, troszkę przekolorowana, ale nie będziecie żałować. Ja nie żałuję :) 

"Nie powiesz nikomu?" 6/10
-M

piątek, 9 października 2015

"Piękny drań" Christina Lauren czyli kolejny erotyk...

Jeśli śledzicie już jakiś czas mojego bloga to zapewne wiecie, że nie jestem fanką literatury erotycznej, ale co jakiś czas staram się przełamać swoje własne stereotypy dotyczące tego konkretnego gatunku i sięgam po jakąś powieść. Tym razem padło na "Pięknego Drania".

Historia jest dość prosta: młoda dziewczyna, Chloe Mills, stażystka w dużej firmie ma problem ze swoim szefem gburem, który przy okazji jest mega przystojny. Często się kłócą, ona się denerwuje a on trzaska drzwiami jak nastolatek. Po jakimś czasie tych dwoje zaczyna łączyć dużo bardziej intymna więź niż wcześniej, co w późniejszym etapie prowadzi do głębokich uczuć i wyznań. Jak to wszystko się rozwiąże? To chyba logiczne, prawda? 

Ehh.. Ciężko mi jest pozbierać się po tej książce, a nie ukrywam chciałam ją przeczytać, bo słyszałam dość sporo pozytywnych opinii i od swoich koleżanek, które lekturę już miały za sobą i od blogerów i recenzentów. Cóż, po raz już kolejny przekonałam się, że jestem zbyt wymagającym czytelnikiem by zadowolić się lekką książką ze sprośnymi tekstami na każdej stronie. 

Coś, co bardzo mnie raziło to płascy jak kartka papieru bohaterowie: zero dobrego opisu kim dokładnie są, jacy są, tylko autorka wymieniła każdego z imienia i na tym poprzestała. Być może jestem przyzwyczajona do bardzo szczegółowych opisów Stephena Kinga, który idealnie tworzy bohaterów swoich powieści. W dalszej powieści dowiadujemy się jeszcze paru rzeczy na temat Chloe i Ryana, ale tak naprawdę, nie wiemy wiele przez co nie byłam w stanie poczuć ich i zrozumieć jak realnych postaci. 

Druga rzecz, która mi się nie podobała to marna fabuła, a praktycznie jej brak: jasne, przyznaje, seksowny szef i kłotnie a potem szybki numerek brzmi fajnie dla pewnych typów kobiet, ale jednak miło by było jeśli w książce liczącej ok. 300 stron pojawiłoby się coś wiecej niż seks i ewentualnie jakieś spotkania tylko wspomniane i ominięte dalej. 

Finalna rzecz: wątek nienawiści przerodził się w mgnieniu oka w wątek miłosny. Jest to dość dobry sposób by z bad-boya zrobić kochającego mężczyznę lecz tutaj, nie do końca to wszystko się trzymało kupy.. 

"Piękny Drań" jest książką napisana bardzo lekkim językiem z wieloma sprośnymi testami powtarzającymi się co jakiś czas. Podejrzewam, że dla fanów tej konkretnej literatury nie jest to zła książka: dla mnie też nie. Jednakże przez wyżej wymienione rzeczy, nie mogę powiedzieć, że jest to dobra lektura, dla ludzi lubiących coś wiecej niż typowe "czytadełka", bo tym właśnie dla mnie jest "Piękny drań". Można go przeczytać, zajmie czas i nawet bedziemy dobrze sie bawili śledząc historię troszkę koślawą ale dość przemyślaną lecz absolutnie nie usatysfakcjonuje fanów głębszej literatury. 

"Piękny drań" 6/10
-M 


wtorek, 6 października 2015

Kosowe Podróże #1: Czy opłaca się wyjeżdżać z biurem podróży?


Cześć!


Postanowiłam zacząć nową serię na blogu pt. "Kosowe Podróże". 

Pewnie zastanawiacie się jak to będzie wyglądało? Zasada jest prosta: moje zamiłowanie do podróżowania z miesiąca na miesiąc rozwija się coraz bardziej dynamicznie: postaram się napisać Wam rady jak podróżować tanio a wygodnie, gdzie najlepiej spać, jak najlepiej kupować bilety autokarowe, samolotowe, pociągowe, jak się pakować i co pakować: traktujcie to jak poradnik turysty, bo to mniej więcej tym będzie. 


Posty będą też związane z moją zaczynającą się (mam nadzieję) podróżą za ocean.  Jeśli jesteście ciekawi o co dokładnie chodzi, piszcie w komentarzach a stworzę o tym osobny post bo jest to dość ciekawy program :) 

Oprócz tego pamiętajcie, że jestem uczennicą technikum turystycznego, gdzie zdobywam wiedzę praktyczną jak i teoretyczna w większym lub mniejszym stopniu przekładającą się na rzeczywistość (troszkę się znam albowiem hah) 

Tyle tytułem wstępu. Piszcie jak podoba Wam się taka seria :) 

"Czy opłaca się wyjeżdżać na wycieczki z biurem podróży?"


Od bardzo dawna podróżowanie jest nieodzowną częścią usług, które non stop się rozwijają i rosną w siłę. Dawno temu, gdy Pan Thomas Cook założył pierwsze biuro podróży prawdopodobnie nie wiedział co rozpoczyna. Obecnie swoimi kuszącymi ofertami czarują nas wielkie biura typu: TUI, Neckermann, Itaka i wiele wiele innych. 

Jednak często pojawia się pytanie: Czy taka sama wycieczka zorganizowana samemu nie wychodzi taniej? 

Niestety nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Osobiście powiedziałabym, że i tak i nie. 

Ogromną zaletą biura podróży jest to, że my zlecamy im zajęciem się wszelkimi usługami (bo pamiętajmy, że wycieczka składa się z wielu innych, drobnych usług jeśli mówimy o tak zwanej pobytówce np: w Grecji przez tydzień) 
W tym wypadku my tylko podpisujemy papiery i płacimy. Nic więcej nie leży w naszej gestii, bo biuro organizuje resztę -> jest to opcja dla tych leniwych lub zapracowanych. 

Z drugiej strony zorganizowanie wycieczki samemu jest ogromną inwestycją czasu: być może wydaje się Wam, że jest to łatwe, ale siedząc na jedną destynacją i organizując trasę, spędziłam tydzień i nadal nie byłam pewna czy wszystko będzie dobrze. Z drugiej jednak strony, koniec końców wychodzi to dużo taniej niż taka wycieczka z biura podróży z prostego powodu: nie doliczamy kosztów manipulacyjnych czy chociażby marży biura. 

Czy jednak opłaca się jechać z biurem? 

Tak, jak najbardziej. Najlepszą opcją są oferty LAST MINUTE i FIRST MINUTE, które oferują najlepsze ceny za wycieczki pobytowe i objazdowe. Tutaj jednak najbardziej polecałabym jechać na pobytówki z biurami: kiedy jedziemy do hotelu z prostym zamiarem by się opalać, jest nam wszystko jedno. 

Gdy jednak jedziemy by pozwiedzać, dużo bardziej opłaca sie to robić samemu, na własną rękę, bez presji czasu i grupy. Oczywiście nie zawsze wychodzi to taniej bo zależy to od destynacji i tego, co chcemy zwiedzać, ale w 90% jest to bardziej satysfakcjonująca wycieczka niż taka zorganizowana przez biuro. 


Podsumowując: z ofert biur turystycznych korzystają wszyscy lubiący wygodę i komfort z minimalnym wysiłkiem. Sztuką jest, zorganizować sobie samemu wycieczkę wedle uznania, opracować trasę, zamówić hotel, przelot/ przejazd i z mapą ruszyć w świat. Nie każdy to lubi i nie każdy musi się do tego stosować; 

Biura Podróży są po to by ułatwić turystom życie i zapewnić świetny wypoczynek bez żadnych problemów. Jeśli więc lubicie sobie odpocząć i po nic nie robić -> jak najbardziej możecie. 


A wy jak wolicie podróżować? Samodzielnie czy z biurem podróży? 





niedziela, 4 października 2015

Film "Więzień Labiryntu: Próby Ognia": Labirynt naprawdę był dopiero początkiem..

Dylan O'brien jest świetnym aktorem: polubiłam go najbardziej oglądając serial "Teen Wolf" gdzie gra on do dnia dzisiejszego słodkiego ale też niebezpiecznego chłopaka Stilesa Stilińskiego. W ""Więźniu Labiryntu" tylko utwierdził mnie w tym, jak dobrym aktorem jest. 


Film opowiada o dalszych losach bohaterów pierwszej części, których poznaliśmy uwięzionych w Labiryncie. Udało im się wyjść, ale to dopiero początek ich przygody ku wolności. Ci, którzy twierdzą, że im pomagają tak naprawdę tego nie robią: nikt nie wie komu można ufać a komu nie. 

Pierwsza część była bardzo dobra i podobała mi się: świeża historia, fajni bohaterzy, dużo akcji.. czego chcieć wiecej? Nie spodziewałam się, ale "Próby Ognia" podobały mi się jeszcze bardziej. 

Widz cały czas śledzi losy bohaterów, stopniowo razem z nimi odkrywa intrygi, skacze z połamanych budynków, chowa się pod walący się gruz by uniknąć ponownego złapania i pewnej śmierci, wędruje pustkowiem by znaleźć schronienie, płacze i cieszy się, gdy coś się uda, boi się i krzyczy gdy coś wyskoczy na nich z zębami. Nie ma chwili wytchnienia, by zaczerpnąć oddechu bo akcje dosłownie biegnie. 

Historia jest mega ciekawa. Oczywiście nie potrafię porównać filmu do książki bo jej nie czytałam. To zostawiam Wam, jesli czytaliście i oglądaliście, piszcie jakie Wam się podobają filmy. 

Reasumując: "Więzień Labiryntu: Próby Ognia" to świetny film, na którym każdy będzie dobrze się bawił: dla fanów podróży, bohaterowie wiele wędrują, dla fanów sensacji, jest dużo akcji, w której w grę wchodzi zabijanie i krew a nawet znajdzie się fragment czy dwa dla fanów horrorów i dreszczowców. Film wzbudza emocje i zabiera do zupełnie innego świata. Tak, moi drodzy, robi się kino godne polecenia. Ja już czekam na kolejną część!

"Próby Ognia" 10/10
-M