czwartek, 11 lutego 2016

"Dzień, w którym umarłam" czyli jak wygląda życie demona?

Książki są ucieczka od rzeczywistości. Czasami po prostu potrzebujemy tego: lekkiej, prostej i niezwykłej historii, która chociaż na chwile pozwoli nam poczuć się kimś innym. To mniej więcej czuję po skończeniu "Dnia, w którym umarłam". 


Książka opowiada o bardzo wyjątkowej dziewczynie,  Dilettcie Mair. Nie dość, że jedna jej tęczówka jest brązowa a druga niebieska, Diletta widzi duchy. Mimo to stara się prowadzić normalne życie: chodzi do szkoly, ma przyjaciół. Wszystko zaczyna się zmieniać gdy przez przypadek wpada na chłopaka, Aloisa, który niechcący rani ją w rękę. Następne parę dni będzie dla Delitty bardzo ciężkie, aż w końcu 2 października 2003 roku umrze i przekona się, jak wygląda życie po śmierci. 


O książce słyszałam dawno temu (chyba widziałam ją na jakieś wystawie w księgarnii) ale potem zapomniałam o jej istnieniu. Ostatnio jednak, przypomniał mi o niej ktoś w komentarzu i znów znalazłam chęć by ją przeczytać (dziękuje!) 



Jest to książka niezwykle lekka, akcja jest bardzo szybka, ale bywa także skomplikowana, dlatego trzeba dobrze wczytać się w tekst, żeby potem się nie pogubić. Muszę przyznać, że jest to całkiem udana powieść z gatunku paranormal romance (tak mi sie zdaję, że do tego się zalicza.. choć nie jestem pewna) Historia wciąga i nie jest oklepana do granic możliwości. Pewne rzeczy się powielają z innych, podobnych książek, ale wybaczam to. 

Od dawna nie czytałam o demonach, aniołach, duchach.. całym życiu pozagrobowym, także powrót do tego był miłym przypomnieniem od czego zaczęła się cała moja historia z książkami. I nie żałuję. Wręcz przeciwnie: takim książką jestem wdzięczna! 

Reasumując: "Dzień, w którym umarłam" jest bardzo dobrą  jednocześnie lekką i przyjemną książką. Akcja pędzi, wątek miłosny nie przesłodzony, całkiem okej napisany i zrealizowany. Autorka niemiłosiernie wciąga w swój świat, powodując, że ciężko jest sie rozstać z książka przed jej skończeniem. Bohaterowie także na bardzo duży plus: może nie byli rozbudowani i mogło to być troszkę lepiej rozwiązane, ale mimo to, bardzo fajną relacje stworzyła nam Sanchez miedzy głównymi bohaterami i nie zepsuła jej pod koniec, co często się zdarza w książkach młodzieżowych tego pokroju. Szablonowość, no nie da się ukryć wystąpiła w jakimś tam stopniu, ale nie w aż takim by zepsuła przyjemność z lektury. Ogólnie, jestem mile zaskoczona. Nie żałuję spędzonych ponad 4 godzin na nią.

Na jeden wieczór, jak najbardziej polecam! (ale rewelacji się nie spodziewajcie. To nie jest książka do rozmyślań, to książka do ucieczki przed rzeczywistością. I to jak najbardziej mi się udało)

"Dzień, w którym umarłam" 7/10
-M


9 komentarzy:

  1. Kocham, kocham, kocham!!
    Uwielbiam tą historię, już nie wspominając o Aloisie <3
    Świetna recenzja!
    Buziaki,
    SilverMoon z bloga Books obsession

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam to jakiś rok temu i szczerze mówiąc nie bardzo pamiętam fabułę, więc chyba nie do końca mnie książka zachwyciła :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Po wyczerpującej sesji właśnie tego mi trzeba :) / C.

    Buziaczki! ♥
    Zapraszamy do nas :)
    rodzinne-czytanie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja o książce nic wcześniej nie słyszałam. Czasami jednak przydaje się taka lekka i przyjemna lektura :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejku uwielbiam tę książkę, a Alois to jeden z moich książkowych mężów! :D
    Buziaki :*
    http://cudowneksiazki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Czasami przed rzeczywistością trzeba uciec. Może kiedyś się skuszę, bo czasami mi takich lektur brakuje :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem czy mam ochotę na historię życia demona xD

    OdpowiedzUsuń
  8. Czasem i takie książki są potrzebne, na jeden wieczór! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapowiada się intrygująco, chyba się skuszę. ;)

    OdpowiedzUsuń